Ostatnio na jednym z eventów pewien nastolatek zapytał mnie, czy w latach 90. mieliśmy komputery gamingowe. Odpowiedziałem, że jak najbardziej — choć wtedy raczej nikt nie nazywał ich „gamingowymi”. Mówiło się po prostu o komputerze do gier albo, zwłaszcza gdy miał napęd CD-ROM i dobrą kartę dźwiękową, o komputerze multimedialnym.
Jak wyglądał taki zestaw w połowie lat dziewięćdziesiątych? Weźmy na przykład peceta 486, mniej więcej z 1996 roku.
W środku procesor AMD 486DX2/80 MHz, 16 MB RAM-u i dysk twardy Western Digital o pojemności 425 MB. Na płycie Shuttle HOT-419 R3 karta graficzna Cirrus Logic 5426, a obok niej kontroler dysku — obie karty korzystające z magistrali VESA Local Bus. Dziś 425 MB brzmi jak żart, ale na takim komputerze można było spędzić setki godzin przy Doomie, Duke Nukemie, Strike Commanderze, SimCity 2000, Syndicate czy Command & Conquer.
Z przodu obudowy są dwie stacje dyskietek, 3,5″ i 5,25″, oraz napęd CD-ROM SANYO Quadruple Speed, czyli 4×. Ta większa stacja już wtedy powoli traciła zastosowanie, ale wciąż można ją było spotkać w wielu pecetach. Za to CD-ROM stawał się coraz ważniejszy: płyty mieściły gry z filmami, nagraną mową i dużą ilością muzyki.
I właśnie przy muzyce robi się najciekawiej. Ten 486 ma karty dźwiękowe Sound Blaster AWE32 oraz Gravis UltraSound MAX. Do tego kartę MIDI Music Quest, która pozwala podłączyć zewnętrzne moduły dźwiękowe: Roland MT-32 i Roland Sound Canvas SC-55 MkII.
„Po co aż tyle?” — można zapytać. Bo gra często pozwalała osobno wybrać urządzenie do efektów dźwiękowych i do muzyki. W jednej wybuchy i głosy mogły płynąć przez Sound Blastera, a muzyka przez Rolanda. W innej dało się wybrać Gravis UltraSound. Starsze tytuły korzystały z MT-32, późniejsze często oferowały General MIDI, które świetnie pasowało do SC-55. Zmiana urządzenia potrafiła sprawić, że dobrze znana gra brzmiała zupełnie inaczej.
Żeby jednak zagrać, nie wystarczyło kliknąć ikony. Komputer uruchamiał MS-DOS, a grę włączało się poleceniem wpisanym z klawiatury. Jeśli nie działała mysz, napęd CD-ROM albo dźwięk, zaglądało się do plików AUTOEXEC.BAT i CONFIG.SYS. Czasem trzeba było też pokombinować z pamięcią, bo gra twierdziła, że jest jej za mało — mimo że w komputerze siedziało całe 16 MB RAM-u.
Na obudowie był jeszcze przycisk Turbo. Wbrew temu, co sugeruje nazwa, pozwalał również przełączyć komputer w wolniejszy tryb. Przydawało się to przy starszych programach, które nie zawsze radziły sobie z szybszym pecetem. Obok znajdował się wyświetlacz pokazujący HI lub LO. Wyglądał efektownie, choć wartości ustawiało się ręcznie zworkami — nie był to żaden pomiar prędkości procesora. Bywał też zamek na kluczyk, którym można było zablokować klawiaturę.
Tak więc owszem, mieliśmy komputery do gier. Tylko że były to maszyny, które oprócz grania zachęcały — a czasem zmuszały — do poznania tego, co dzieje się pod obudową i w systemie. Kiedy po godzinie ustawiania sterowników gra wreszcie ruszała z muzyką z Rolanda, satysfakcja była częścią zabawy